krzesimir

Twój nowy blog

W drugiej notce odrodzonego krzesimirowego bloga poruszę temat, który ciągle jest aktualny, gdyż dotyczy wydarzenia, które odbywa się co roku. Poniższy tekst powstał, gdyż myślę o tym, aby poszukać pracy w jakiejś gazecie (chociaż domyślam się, że prędzej czeka mnie kariera magazyniera :p) i doszedłem do wniosku, że do swojego dosyć ubogiego CV warto załączyć jakąś próbkę własnego tworzywa :) Zatem nie przedłużając już prezentuję swoje wypociny :D

Jak co roku odbył się w naszym kraju festiwal, który wywołuje wśród Polaków skrajnie różne odczucia. Jedni uważają go za zlot narkomanów, alkoholików i różnej maści outsiderów; kojarzą go z brudną, zdegenerowaną młodzieżą oraz sądzą, że jest siedliskiem wszystkich możliwych chorób. Inni natomiast twierdzą, że jest to największy i zarazem najwspanialszy festiwal jaki odbywa się w Polsce, gdzie można przez kilka dni świetnie się bawić, poznać nowych, sympatycznych ludzi oraz przynajmniej na jakiś czas zapomnieć o szarej rzeczywistości. Co może wywoływać tak różne opinie? Oczywiście mowa o Przystanku Woodstock.
Pomimo, że był to osiemnasty raz kiedy zorganizowano tę imprezę, ja sam byłem na niej dopiero po raz drugi. I muszę stwierdzić, że negatywne komentarze na temat tego festiwalu nijak mają się do rzeczywistości. Mogę ocenić tylko to, co widziałem w przeciągu ostatnich dwóch lat, ale chociażby z opowiadań innych osób można wywnioskować, że zawsze panuje tam ten sam, niesamowity klimat. Życzliwi dla siebie ludzie, wspaniałe koncerty, atmosfera, którą samemu trzeba poczuć, ponieważ niemożliwe jest opisanie jej słowami – tak w moim odczuciu prezentuje się Przystanek Woodsotck. Wrażenie robią już same tłumy ludzi, których potok praktycznie bez przerwy spływa na pola namiotowe. Jest to zasługą zapewne tego, że impreza ta jest darmowa i nie są pobierane żadne opłaty za rozbijanie namiotów. Inną rzeczą, która mnie uderzyła, była sama różnorodność ludzi jakich tam spotkałem. Oprócz młodych osób należących często do różnych subkultur (z czym chyba też stereotypowo kojarzy się Woodstock) była tam też masa „zwyczajnych” ludzi w różnym wieku, nawet tych, którym już starość przyprószyła włosy. Mało tego, można tam było spotkać nawet całe rodziny z dziećmi. Ponadto ludzie wydają się być bardziej otwarci i chętni do rozmów nawet z nieznajomymi; ulegają zatarciu różnice i niechęć. Oczywiście Woodstock nie jest idealny. Pojawiają się tam osoby, których jedynym celem jest upić się do upadłego czy też zrobić jakieś zamieszanie. Ale taki jest minus masowych imprez, gdzie może pojawić się każdy. Najważniejsze, że ci sprawiający negatywne wrażenie nie dominują nad tymi, którzy przyjechali się po prostu bawić w miłej atmosferze. Mogą też denerwować niektóre aspekty organizacyjne, takie jak utrudniony w tym roku dojazd i zamieszanie jakie spowodowało zamknięcie dróg już dwa dni przed rozpoczęciem festiwalu czy też wprowadzenie żetonów na jedzenie i alkohol, co jak się domyślam miało uprościć przepływ ludzi między budkami i zmniejszyć kolejki, a wprowadziło tylko irytację, zaś kolejek jakoś nie ubyło. To wszystko to jednak szczegóły, które w mojej opinii nie są w stanie zepsuć ogólnie dobrego wrażenia, jakie robi ta impreza. Ale jak już pisałem wcześniej, trudno w słowach ująć wspaniałość tego festiwalu, dlatego każdy kto chce się przekonać jak tam jest, powinien chociaż raz tam się udać i zobaczyć czym tak naprawdę jest Woodstock. I do tego właśnie serdecznie zachęcam.

Uwaga, uwaga! Oto nadeszła wiekopomna chwila! Z dniem dzisiejszym, czyli 28 sierpnia 2012 roku (datę tę warto zapamiętać, gdyż zapewne wkrótce trafi do podręczników historii ze względu na skalę opisanego tutaj wydarzenia) niczym feniks z popiołów powraca twór, który niegdyś uświetniał internet! Twór, który miał magiczną zdolność gromadzenia całych rodzin przed monitorami komputerów i laptopów! Twór, który wywoływał euforię w sercach milionów Polaków w kraju i za granicą! Twór tak idealny w swej konstrukcji, że gdyby nadal żył wieszcz Mickiewicz, to by go zapewne opisał w poetyckich słowach: „Zawżdy poczytać wolę ten twór tak doskonały, że ja pie*dolę”!
Chociaż zapewne nie możecie uwierzyć, że spotkało Was wszystkich tak wielkie szczęście, to jednak prawda… krzesimir.blog.pl wznawia działalność! Próbując powstrzymać łzy radości i wzruszenia, pewnie pytacie się teraz samych siebie: „Ale jak to? Już straciłem/straciłam wszelką nadzieję na powrót tego wspaniałego okresu, a tu nagle moje najgłębsze marzenia się spełniają? Może to sen? Może to tylko działanie grzybków halucynogennych, które spożywam z rozpaczy od czasu kiedy krzesimirowy blog zniknął?” Nie! To najprawdziwsza prawda! Blog Krzesimira powstaje z martwych, aby znów zapewniać intelektualną rozrywkę spragnionym jej masom! Co jest tego powodem? Od czasu zawieszenia działalności dostawałem tysiące maili i telefonów z prośbą o powrót na bloga. Ludzie na ulicach widząc mnie płakali, rzucając się do mych kolan. Próbowano mnie przekupić, a nawet zastraszyć, grożąc pobiciem jeśli znowu nie zacznę pisać na blogu. Aż tak wielką pustkę wywołał brak krzesimirowego pióra. Przez dłuższy czas nieugięcie jednak trwałem w postanowieniu nie pisania tutaj, ukrywając się przed fanatycznymi wielbicielami krzesimirowego bloga. Zmieniłem zdanie dopiero za sprawą koleżanki ze studiów, Katarzyny Kaszewczyk (aby zachować anonimowość tej osoby nazwisko zostało zmienione), która była jedną z największych fanek słowa mego pisanego. To jej ciągłe namowy nakłoniły mnie do powrotu na blogowe łono. Zatem cieszcie się wszyscy, gdyż krzesimir.blog.pl znów jest pośród Was! Zaprawdę wielki to dzień dla ludzkości! Z tej okazji od jutra przez cały tydzień, w całym kraju zostaje ogłoszone święto narodowe! Najbliższe dni będą wolne od pracy, dlatego bez obaw możecie już od jutra spać do południa i nie odbierać telefonów od szefów; przez tydzień jesteście zwolnieni ze swoich obowiązków. Cieszcie się więc niespodziewanym urlopem i spędźcie go w najlepszy z możliwych sposobów – czytając wpisy na tymże blogu. Tako rzecze Wam ja, Krzesimir.

A tak na poważnie już :) W związku z panującą u mnie nudą postanowiłem wznowić pisanie tutaj swoich wypocin, które dawniej powstawały na potrzeby pewnych zajęć na uzecie :D Nie wiem czy ktoś tu będzie specjalnie zaglądał, ale aby nie wypaść z wprawy w pisaniu, postanowiłem ponownie zmierzyć się z legendą mego bloga, który niegdyś nawet kilku osobom się podobał :) Czy coś z tego wyjdzie, się okaże. Będę pisał w sumie dla samego siebie, chcąc się przekonać czy nadal posiadam dawne umiejętności :) Nie wiem czy do końca zostanie zachowana ta sama formuła, co była wcześniej, czyli pisania pierdół byle by było w miarę śmiesznie, czy też trochę zmienię styl. Być może będą się pojawiać moje luźne przemyślenia, raz bardziej żartobliwe, a raz mniej :) Tym, którzy dobrnęli do końca tego wpisu gratuluję! :) I to na tyle w pierwszej notce, która powstała po dłuższym niebycie mojego bloga :) Wkrótce dodam coś jeszcze :)

W wyniku zaistnienia pewnego incydentu w ostatni czwartek (a właściwie to w nocy z czwartku na piątek), krzesimir.blog.pl. postanowił chwilowo odwiesić zawieszoną jakiś czas temu działalność tutaj, którą niegdyś żyły miliony Polaków. Zanim jednak ktokolwiek wyda okrzyk radości lub chwyci za telefon, aby poinformować o tej wesołej i chwalebnej wieści bliskich, muszę zaznaczyć, że krzesimirowa reaktywacja zaczyna się i jednocześnie kończy właśnie tym wpisem. Zdecydowałem się na zamieszczenie tej dodatkowej notki z powodu pewnego wydarzenia, którego opisanie tutaj obiecałem niejakiej KW. A zatem zagłębcie się w krótką, aczkolwiek pełną napięcia oraz nieoczekiwanych zwrotów akcji historię z czwartku (a właściwie to już chyba z piątku):
Wszystko zaczęło się od zorganizowanego przez KR (chociaż trzeba napisać, że sam pomysł padł ze strony KW) w czwartek spontanicznego spotkania w lubianym i popularnym lokalu noszącym wdzięczną nazwę SHISHA PUB. KR udało się zwerbować na owe spotkanie grono najwybitniejszych inteletualistów z Uniwersytetu Zielonogórskiego, którzy podczas sączenia złocistych napojów oraz palenia "lulków" prowadzili dyskurs (jak to intelektualiści) na tematy ważne i jeszcze ważniejsze. Spotkanie przebiegło w miłej, sympatycznej atmosferze i gdy jego członkowie poczuli już się dotknięci zmęczeniem po toczonych dyspótach, postanowili opuścić lokal i ruszyć do swoich domów, aby móc udać się na zasłużony wypoczynek we własnych wyrkach… tzn. we własnych łożach. Wcześniej jednak postanowili jeszcze przez czas wspólnej drogi powrotnej, uwiecznić spotkanie na fotografiach. I tak oto błysk flesza aparatu raz za razem rozjaśniał ciemne ulice zielonogórskiego deptaku, ukazując sylwetki KR, KW, KB, AG oraz MK (bo o tychże inteletualistach mowa). W pewnym momencie dla potrzeb stworzenia ambitnej fotografii, towarzystwo postanowiło wejśc na kwietnik (czy jakkolwiek nazwać to drewniane chujstw… tzn. obudowę, w której znajdują się rośliny), przytrzymując się przy tym stojącej obok, chyboczącej się lampy (właściwie to stała się ona chybocząca dopiero w momencie kiedy towarzystwo zaczęło się o nią opierać). Wtedy to też nadjechał ni z tego ni z owego patrol policji, który (jak się miało wkrótce okazać) był tylko zapowiedzią bliższego kontaktu z zielonogórskimi siłami porządkowymi. Panowie policjanci jednak nie zatrzymali się przy pstrykającym sobie fotografie towarzystwie, aby czynić mu jakieś zarzuty (bo i do czynienia ich nie mieli podstaw), lecz żeby z troską, jaką powinni wykazywać wszyscy przedstawiciele władz mundurowych zapytać, cytuję: "Czy państwu w czymś przeszkadza ta lampa?" Zapewne przyuważyli, że są robione zdjęcia i zaczęli się martwić, czy aby na pewno lampa stojąca obok nie zepsuje ujęć. Dla wszystkich miłym zaskoczeniem było, że funkcjonariusze policji przejmują się opinią zwykłych obywateli na temat lokalizacji zabudowań miejskich oraz czy aby na pewno nie jest ona jakimś uciążeniem. Niewątpliwie, gdyby obecni na miejscu stwierdzili, iż rzeczywiście rzeczona lampa delikatnie im zawadza, to panowie policjanci bez wahania by ją usunęli, aby kompania mogła dalej zająć się fotografowaniem siebie nawzajem.  Wszyscy jednak jak jeden mąż (chociaż biorąc pod uwagę fakt, że Pań było więcej w grupie, nie jest to chyba najlepsze określenie… no ale mniejsza z tym) zaprzeczyli jakoby lampa przy której są robione zdjęcia przeszkadzała, co uspokoiło sumienia panów policjantów, którzy pojechali dalej. KR, KW, KB, AG i MK również ruszyli dalej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie KB, która postanowiła, że się rozdzieli od kompanii i pójdzie swoją drogą. KR nie zastanawiając się zbyt długo (a właściwie to w ogóle się nie zastanawiając), postanowił pożegnać KB w iście słowiańskim stylu, czyli obkręcić z Nią (a raczej Nią) kilka kółek. Nie zwlekając KR zrobił wraz z KB parę obrotów wokół własnej osi, będąc pewny stabilności swych nóg i tego, że jest w stanie utrzymać się wraz z KB w pozycji pionowej… kilka sekund później, kiedy KR i KB próbowali podnieść się z chodnika, uwagę KR przykuły hipnotyzujące, niebieskie, migoczące światła, które z niepokojącą szybkością zbliżyły się w stronę całego towarzystwa. Tak oto nastąpiło spotkanie z kolejnym patrolem policyjnym, który najwyraźniej był zaintereowany przyczyną z jakiej chłopak i dziewczyna leżą na chodniku. Pomimo zapewnień, że to było wyłącznie pożegnanie, panowie policjanci poprosili od całego zgromadzenia dowody osobiste, aby się zapewne upewnić czy nikt z nich nie jest poszukiwanym, seryjnym mordercą lub po prostu nie był już wcześniej notowany (swoją drogą nie wiem czemu panów mundurowych aż tak bardzo zdziwił fakt, że dwójka znajomych się żegna, leżąc wywalona na chodniku… przecież to zupełnie normalne). Po trwającej trochę identyfikacji, panowie policjanci oddali wszystkim dowody osobiste i ostrzegli, że jeśli nastąpią dalsze pożegnania tego typu, to ponownie się zatrzymają. Kiedy po chwili odjechali, KB wraz z MK odbili w swoją stronę, zaś KR, KW i AG ruszyli w swoją, przy chwilowej asekuracji dopiero co spotkanego patrolu. KR odprowadził AG i KW pod miejsca zamieszkania, zachowując już jednak powściągliwość podczas pożegnań. Tak w skrócie wyglądało spotkanie wieszczów uzetu.
I na tym kończy się ta historia. Czas na małe podsumowanie końcowego incydentu i zastanowienie się kto jest winnym zatrzymania nas przez policję? Odpowiedź nasuwa się sama – KB! Gdyby nie zachciało jej się iść w stronę swojego domu, to nie żegnałbym się z nią, a tym samym nie wywrócił i policja nie miałaby za co nas zatrzymywać… to oczywiste. Jak jednak wiadomo wina nigdy nie leży po jednej stronie i niesprawiedliwością byłoby obarczanie za ten drobny incydent wyłącznie KB… oprócz niej winni byli również policjanci, którzy nas zatrzymali… to też niezaprzeczalna oczywistość. No, ale z drugiej strony trzeba przyznać, że rzeczywiście podejrzanie mogło wyglądać moje leżenie z KB na chodniku. Przecież panowie policjanci nie wiedzieli, że się znamy i mogli sądzić na przykład, że KB mnie zaatakowała. Mimo wszystko wydaje mi się, że mogli szybciej ogarnąć to, iż nie stwarzamy zagrożenia ani dla siebie nawzajem (aż tak dużego przynajmniej), ani dla otoczenia. Ale na dobrą sprawę nic się nie stało, poza tym, że każdy wrócił do swojego domu z jakieś 10 minut później. Dlatego uznaję ogólnie wypad za udany, nawet biorąc pod uwagę opisany incydent.
Tak oto wraz z dobiegnięciem końca opowiedzianej tu historii, dobiega końca chwilowe ożywienie na krzesimir.blog.pl. Strona powraca do swojego głębokiego snu. Żegnam z bezpiecznej odległości – Krzesimir.
P.S. Składam tu jeszcze publiczne podziękowania dla KW za dzisiejszy prezent z dalekich wojaży :) Póki co nadal chłodzi się w lodówce, ale pod wieczór zapewne go sobie skosztuję. Zatem dzięki :)

TO KONIEC

3 komentarzy

Ten dzień musiał nadejść… Dzisiaj krzesimir.blog.pl oficjalnie i definitywnie kończy swoją działalność. To już ostatnia, 30-sta notka; ostatni raz do Was przemawiam, jako Krzesimir. Powstrzymajcie na chwilę jeszcze potok łez, aby móc do końca przeczytać ten wpis. Spędziliśmy razem kilka wspaniałych miesięcy, wypełnionych śmiechem i inteligentnymi rozważaniami. Staliście się bliscy dla mnie, a ja stałem się bliski dla Was. Pamiętam pierwszą notkę, jakbym ją pisał wczoraj; wtedy jeszcze nie byłem świadom, że mój blog będzie bezpiecznym gniazdem dla niezliczonych tłumów Czytelników, złaknionych świeżych, ciekawych tematów. Dałem Wam je, a Wy odzwajemniliście się miłością oraz ciepłymi słowami, za które z głębi serca dziękuję. Wszystko jednak ma swój kres, nawet twór tak doskonały i wyrąbany w kosmos, jak krzesimir.blog.pl. Zapewne w akcie desperacji zaczniecie krzyczeć, że dopiero jutro miałem zakończyć blogowe dzieło, postanowiłem jednak zamknąć ten rozdział mojego i Waszego życia dziś, więc proszę Was o uszanowanie mej decyzji. Pragnę podziękować krzesimirowym fanom, którzy wspierali mnie duchowo oraz wiernie stali przy moim boku. Chcę też podziękować pozostałym blogerom: Paraleli – za wykorzystanie jej wizreunku do celów notkowych, Januszowi – za "Lubelskiego fulla", Kasi – za rymy, które dodawały adrenaliny, Szaremu Człowiekowi – za tamto i siamto, a także inne takie tam. Dziękuję również Azjatce z Bytomia Odrzańskiego za to, że jest. Nie będę przedłużał pożegania… pora kończyć. Nie lękajcie się jednak niepewnych dni, które nadejdą wraz z zaprzestaniem prac na krzesimirowej stronie, gdyż blog mój pozostanie w Waszych myślach i sercach na zawsze. Kiedy poczujecie się samotni, wspomnijcie go, a żal przeminie. Na odchodne daję Wam prezent – piosenkę pasującą w sam raz do obecnej sytuacji. Zatem bądźcie pozdrowieni moi kochani Czytelnicy.
Wasz niedawny mentor – Krzesimir.


Oto opowieść o bohaterskich czynach, które miały miejsce w okresie Wielkiej Rozpaczy, gdy z wiary w dobro pozostał jedynie pył. Opowieść o honorze, odwadze i sile ducha, ale także o trwodze oraz zawiści. Zacznijmy jednak od początku:
Historia ta miała miejsce przed wieloma laty w krainie blogów, zjednoczonych pod berłem królestwa Blog.pl. Panował w niej ład i niczym nie zakłócona harmonia, tamtejsi Blogerzy zaś żyli w dostatku i bezpieczeństwie, zawdzięczając swój dobrobyt wspólnej, ciężkiej, lecz jakże szlachetnej pracy nad wpisami. Nie byli świadomi jednak, że od dłuższego czasu są obserwowani z najgłębszej otchłani przez Oczy pełne pogardy dla ich istnienia, czające się, aby zburzyć dotychczasowy porządek. Nie przeczuwający zbliżającego się zagrożenia Blogerzy, wiedli spokojne, pełne radości życie. Wszystko zmieniło się z dnia na dzień, wraz z momentem, kiedy skrywające się do tej pory w mroku Oczy, wyłoniły się na światło dzienne, ukazując w blasku słońca postać, do której należały; postać pozornie podobną do pozostałych Blogerów, ale wzbudzającą niepokój w sercu każdego, kto tylko na nią spojrzał; postać, która jakby emanowała czymś niewidocznym i niewytłumaczalnym… czymś złym. Razem z nią z ukrycia wyszły posłuszne jej, wszelakiej maści demony, które jak fala wdzierająca się w głąb lądu, zalały Blog.pl. Dawny świat, który budowały pokolenia Blogerów, zaczął z przerażająca szybkością odchodzić w zapomnienie. Blog za blogiem poddawał się woli Pani demonicznych wojsk, która kazała zwać się Paralelą. Ci, którzy mieli odwagę stawiać opór, byli unicestwiani, a pamięć o nich wymazywano z wszelkich archiwów. Każdy kto wyrażał głośno sprzeciw wobec bezlitosnego majestatu powstałej dyktatury, znikał bez wieści. Kim była Paralela? Skąd pochodziła? Jedni Blogerzy szeptali między sobą, że to człowiek z krwi i kości, który jednak zaprzedał duszę mocom nieczystym, podpisując z nimi pakt; inni natomiast byli zdania, iż jest złem w najczystszej postaci, które przybrało ludzkie kształty, gdyż zapragnęło dominacji nad wszystkim co żywe. Jaka w rzeczywistości by nie była prawda o pochodzeniu Paraleli, niezaprzeczalnym faktem stały się jej rządy nad całym, zniewolonym przez armię demonów Blogiem.pl. Tak nastał okres Wielkiej Rozpaczy, w czasie którego miliony Blogerów jęczało pod jarzmem nowej, okrutnej władczyni. W miejscu miłości, przyjaźni, zaufania oraz wzajemnej troski, pojawiła się nienawiść, terror, strach, ból i łzy goryczy. Wkrótce Paralela zyskała przydomki: "Niemiłosierna" oraz "Krwawa", których słuszność potwierdzała każdego dnia swej despotycznej władzy. Kiedy wszelka nadzieja na powrót czasów sprzed ucisku Paraleli odeszła w niebyt, a wolność wydawała się nieodwracalnie przeminąć, pojawił się on – Bloger znikąd; samotny pielgrzym, przemierzający od niedawna krainy Bloga.pl. Jako pierwszy od niepamiętnych czasów zaczął mówić na głos o dziejącej się niesprawiedliwości i domagać się zwrócenia Bloga.pl jego prawowitym właścicielom. Blogerzy zaczęli gromadzić się wokół niego; najpierw kilku, później kilkudziesięciu, następnie kilkuset, aż nim ktokolwiek zdołał się zorientować, było już ich tysiące. Pielgrzym ów, który wywołał to poruszenie, nazywał się Krzesimir (tylko tyle o nim wiedziano). Kiedy poczuli, że jest ich siła, wróciła im do serc odwaga, gaszona do tej pory przemocą przez Paralelę Krwawą. Ruszyli pewnym krokiem pod wrota paralela-konkfistador.blog.pl – twierdzy mrocznej Pani. Podniósł się zgiełk, a wśród hałasu dało się słyszeć okrzyki wzywające Paralelę do abdykacji. Żądza władzy Niemiłosiernej była jednak zbyt olbrzymia, by dobrowolnie zdecydowała się oddać tron. Zamiast tego, posłała na zebranych Blogerów swoje demoniczne hordy, które niczym lawina zaczęły prędko sunąć ku zbuntowanym mieszkańcom krain Bloga.pl. Niechybnie zakończyłoby to się zmasakrowaniem uzbrojonych wyłącznie w swoją determinację Blogerów, gdyby nie ten, który ich poprowadził – Krzesimir. Nagle uderzyła od niego biała poświata, która w ułamku sekundy rozbłysła tak jasnym światłem, że aż wszyscy zmuszeni byli zakryć dłońmi oczy. Gdy świetlista biel ustała i Blogerzy się rozejrzeli, nie było już śladu po oddziałach demonów, które w jednej chwili po prostu przestały istnieć. Krzesimir zaś odszedł, wiedząc, że Paralela nie była już w stanie nikomu wyrządzić krzywdy. Nie czekając na podziękowania, ruszył w dalszą drogę, machnąwszy tylko raz z oddali ręką, skandującemu jego imię tłumowi. Samej Paraleli Niemiłosiernej, pozbawionej swych nieczystych siepaczy, nie pozostało nic innego, jak tylko uciec, korzystając z nieuwagi wiwatujących Blogerów. Dokąd umknęła? Najstarsi Blogerzy, pamiętający przytoczone wydarzenia, powiadają, że do krainy znanej pod nazwą Nasza-Klasa, skąd szykuje kolejny szturm na Blog.pl. Czy groza Wielkiej Rozpaczy znów tam zawita? Być może. Mieszkańcy krainy blogów jednak lęku nie czują, gdyż wewnętrzny głos im podpowiada, że jeśli to nastąpi, powróci również ich wybawca – mężny Krzesimir.

To już III rok naszych studiów :) Nie wiem jak Wam, ale mi ten czas minął jak z bicza trzasnął. Jeszcze niedawno człowiek martwił się egzaminem z gramatyki opisowej, a tu już czeka na niego ostatni sprawdzian wiedzy z teorii językoznawczych, wok-u i obrona licencjatu. Pewnie część z Was opuści mury uzetu, kiedy będzie już z wszystkim na czysto, aby ruszyć dalej w świat :D Pamiętajcie jednak, że przygoda ze studenckim życiem dla wiekszości z Was rozpoczęła się własnie tu, na Uniwersytecie Zielonogórskim, w Grodzie Bachusa :) Nawet nie wyobrażam sobie, żeby przed pożegnaniem z tymi bliższymi dla mnie osobami, co spierdzielają, nie wychylić czegoś (ze studniówki już nici, ale chociaż grill jakiś czy coś :p). Ogólnie te 3 lata, ekhhhhhmm, ekkhmm, edukacji, uważam za udane :) Wprawdzie uzet nie uczynił ze mnie geniusza, ale przynajmniej nie trafiłem na jakąś drętwą społeczność studencką, która by wymigiwała się przed wspólnymi wyjściami poza obręb uczelni w celach imprezowo-kulturalnych :p Ja planuję tu zostać w dalszym ciągu, aby uczyć się na magazyniera (o ile uporam się z licencjatem w końcu :p) i każdemu kto podjął taką samą decyzję, pragnę powedzieć: "I dobrze! Co się będziesz po nieznanych rewirach włóczyć!" :D No a tym, co jednak postanowili dzielnie wyrwać się z paszczy uzetowskiej, życzę powodzenia :) Wspominajcie swój stary rok ciepło :-)
Pozdrowienia dla wszystkich śle Krzesimir :D

Każdy z nas gustuje w jakimś typie kinematografii, który niesie ze sobą preferowane przez poszczególnych odbiorców walory – jedni lubią pośmiać się do bólu brzucha na komedii, drudzy kochają bać się na horrorach, jeszcze inni wolą przenieść się w magiczną rzeczywistość fantasy, popłakać na dramatach, przypatrzeć się poczynaniom rewolwerowców w westernach, zagłębić się w zawiłą oraz pełną skomplikowanych dialogów fabułę filmów porno itd.
Ja osobiście najlepiej chyba czuję się w motywach katastroficznych i postapokaliptycznych. Jeśli mam w opcjach np. obejrzenie filmu o przyjaciołach, którzy nagle się w sobie zakochują oraz o niespodziewanym katakliźmie, który niszczy naszą cywilizację, wybór jest dla mnie prosty. Dlaczego ciągnie mnie akurat do takich produkcji? Na pewno po części ze względów na efekty specjalne, które w wysokobudżetowych filmach, ukazujących walące się miasta, są dopracowane zazwyczaj do perfekcji, chociaż niestety dzieje się to kosztem logiki (na odwrót jest w filmach porno, gdzie z efektów specjalnych właściwie zrezygnowano całkowicie, aby móc skupić się na dopracowaniu struktury scenariusza). I tak np. w filmie 2012, chociaż scena destrukcji Los Angeles wygląda niesamowicie, to już ucieczka głównych bohaterów z sypiącego się Miasta Aniołów  jest dość niewiarygodna, że tak to ujmę (limuzyna robiąca manewry, jakich by się nie powstydziło sportowe auto oraz lot samolotem pomiędzy walącymi się na siebie wieżowcami). Niestety takie teraz są prawa rynku – mniejsza o sens, byleby były fajerwerki. Efekty jednak nie są najważniejsze. Istotniejszy jest klimat towarzyszący niektórym filmowym zagładom. Klimat strachu, bezradności, osamotnienia, zaszczucia itp. Dlatego od pewnego czasu ostrzę sobie zęby na Drogę z Viggo Mortensenem (Aragornem z Władcy pierścieni). Z tego co wiem, film opowiada o wędrówce ojca z synem przez zrujnowane Stany Zjednoczone. Właśnie takie rzeczy na mnie działają. Opuszczone, zdewastowane miasta i grupka ocalałych próbująca sobie jakoś poradzić. Widoki  wymarłych miast w filmach, zawsze przykuwają moje oko. Pierwsze ujęcia z 28 dni później, gdzie bohater wybudziwszy się ze śpiączki przemierza wyludniony Londyn, opustoszały Nowy Jork z Jestem legendą oraz krótka scena z zaśnieżonego, zamieszkałego wyłącznie przez zwierzęta miasta z 12 małp, robią (według mnie) mocne wrażenie. Samo ukazanie postawy człowieka w świecie, gdzie stare zasady przestały obowiązywać, też wedle mojej osoby jest interesujące.
Podsumowując – filmy postapokaliptyczne są the best :) Niezależnie od tego czy przyczyną filmowej apokalipsy jest śmiertelny wirus, wojna, kosmici, zombiaki (tudzież inne stwory), czy też okrutna matka natura, zawsze chętnie sięgam po tego rodzaju tworzywa.

Ja,<imię i nazwisko>, fan/fanka strony krzesimir.blog.pl, będąc w pełni świadomy/świadoma powagi sytuacji, uroczyście przysięgam:
* Stać na straży praw ustalonych na stronie krzesimir.blog.pl.
* Wierność zasadom wyznawanym na stronie krzesimir.blog.pl.
* Lojalność wobec administratora strony krzeismir.blog.pl – Krzesimira I.
* Dbać o dobre imię Krzesimira I oraz walczyć ze wszelkimi kłamliwymi pogłoskami, szerzonymi na jego temat.
* Stawiać zaciekły opór, aż do utraty tchu, każdemu atakowi wymierzonemu w suwerenność strony krzesimir.blog.pl.
* Nie zawierać przymierzy (bez względu na okoliczności) z obcymi blogami.
* Nie komentować (bez względu na okoliczności) obcych blogów w sposób pozytywny.
* Być gotowym/gotową na każde wezwanie Krzesimira I.
* Być gotowym/gotową zrzeczenia się całego swojego majątku (pieniędzy, nieruchomości i dóbr ruchomych), jeśli takowa będzie wola Krzesimira I.
* Być gotowym/gotową do podążenia wszędzie tam, gdzie poprowadzi Krzesimir I
* Być gotowym/gotową do największych poświęceń wobec Krzesimira I, jeśli taka zajdzie potrzeba lub jego wola.
Powyższą przysięgę zobowiązany jest wygłosić publicznie autorowi tego bloga każdy, kto czuje swoją przynależność do niego. Ma ona moc wiążącą, a jej złamanie grozi konsekwencjami prawnymi.
Zapraszam serdecznie do składania krzesimirowej przysięgi :)

W tej notce podzielę się z Wami obserwacjami, jakich dokonałem już dawno, dawno temu. Dotyczą one pewnej grupy ludzi, których roboczo nazwałem wirtualnymi politologami. Co to za jedni się spytacie. Wirtualni politolodzy, to domorośli specjaliści od polityki, którzy oblegają portale informacyjne – od onetu, przez interie, po wp. Cechuje ich nieomylność (według nich samych) i wyższość intelektualna (także według nich samych) nad osobami, które wyrażają odmienne niż oni opinie. Jako, że od dłuższego czasu z rzadka oglądam wiadomości w telewizji, uzupełniam na bierząco wiedzę o aktualnych wydarzeniach za pomocą wyżej wspomnianych stron internetowych. Zwykle po zapoznaniu się z newsem, kierowany ciekawością zaglądam na mieszczące się bezpośrednio pod nim komentarze czytelników… No właśnie…. Portale informacyjne mają to do siebie, że może się tam wypowiadać każdy. Niestety jak mówi stare, znane, polskie powiedzenie ludowe – najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy nic ciekawego nie wnoszą do rozmowy. I tak też jest w przypadku serwisów internetowych. Z niektórych "komentów" wylewają się takie pokłady głupoty, że postronny obserwator może dostać zapaści po dłuższej ich analizie. Dziwne (delikatnie mówiąc) wypowiedzi czytelników zdarzają się chyba pod każdym artykułem, bez względu na jego temat, lecz te mieszczące się pod wiadomościami politycznymi są chyba najbardziej specyficzne, właśnie ze względu na tytułowych wirtualnych politologów. Podział podstawowy, obowiązujący jeszcze nie tak dawno (ustalony przez nich samych), klasyfikował ich na: Pisuarów (zwolenników oraz członków Prawa i Sprawiedliwości) i POpaprańców (zwolenników oraz członków Platformy Obywatelskiej), czyli jak widzimy, dotyczył dwóch największych partii politycznych w Polsce. Oczywiście elektorat PiS-u nie nazywał siebie Pisuarami, a osoby wyrażające swoje poparcie dla Platformy nie określały się POpaprańcami; są to inwektywy, których używali przeciwko sobie nawzajem podczas dyskusji na portalach informacyjnych. W błędzie był jednak ten, kto myślał, że nie utożsamiając się z Platformą, nie mógł zostać maniowany POpaprańcem. Wystarczyła krytyka pod adresem Prawa i Sprawiedliwości, aby dostać takową łatkę (działało to w obie strony – Pisuarami lub też Moherami nazywani byli przeciwnicy PO, nawet jeśli z tą partią i jej programem nic wspólnego nie mieli). Dlaczego używałem czasu przeszłego? Bo od jakiegoś czasu trudno mi znaleźć na omawianych stronach, tego typu "pozdrowienia" (zdarzają się sporadycznie), więc może nie są już takie aktualne. Wciąż jednak wprawione oko może wyłapać innego rodzaju ciekawostkę – używanie skrótów nazw tych partii w przeróżnych wyrazach, które mają nieść, ekhm, ukryte przesłanie. Podam prosty przykład z interii, spod artykułu dotyczącego spotu wyborczego Waldemara Pawlaka. Co najmniej dwukrotnie przewija się w komenatarzach wyrażenie "POsPOlity". Pozwolę sobie zacytować te wypowiedzi: "Ja gdybym siedział, też głosowałbym na POsPOlitych", "Bo ujadać może tylko POsPOlity burek" (ma to sugerować pospolitość PO – ot, taka sprytna gra dużymi i małymi literami :D). W ten i inne sposoby wirtualni politolodzy się obrażają nawzajem i widać dobrze im z tym. Czym jednak (oprócz stosowania wymyślnych inwektyw) zajmują się wirtualni politolodzy? Niczym. Tylko i wyłącznie celem ich jest krytyka nielubianej partii. Ich "żerowiskiem", jak już pisałem, są newsy polityczne, ale dla prawdziwego wirtualnego politologa treść artykułu nie jest aż taka istotna, ważne jest, aby "pojechać" po PO, Pis-ie, albo po jakiejś innej frakcji. Zdarza się, że pod tematami w ogóle nie związanymi z polityką, ktoś jakimś pokrętnym sposobem potrafi umieścić nazwisko Tuska lub Kaczyńskiego i wyrazić swoją opinię o nich i ich partiach. Zapewne jakby pojawiła się wiadomość o nawałnicy śnieżnej w Kenii, też by znaleźć tam można było "ekspertów" od polskiej polityki. Skupiłem się na PO i PiS-ie, ale rzecz jasna nie tylko te ugrupowania zaprzątają głowy wirtualnym politologom. Dostaje się Amerykanom (bo nie liczą się z nami, chociaż wiąże nas sojusz), Żydom (bo zasiadają dosłownie wszędzie i trzymają łapska na wszystkim – zwłaszcza na mediach i rządach), komunistom (bo to po prostu komuchy i już), Rosjanom (bo czają się na naszą niepodległość), Niemcom (bo to nasz odwieczny wróg), Unii Europejskiej (bo próbuje nas zniewolić) itd. Oczywiście nie mam nic do krytykowania (jest to zdobycz demokratyczna, związana z wolnością słowa), ale czym innym jest inteligentna, kulturalna krytyka, a czym innym krytyka chamska i niejednokrotnie po prostu bezsensowna, pozbawiona jakichkolwiek logicznych argumentów. To co napisałem dotyczy, wiadomo, nie tylko wirtualnych politologów, ale także "znawców" sportów, "krytyków" filmowych oraz całej rzeszy użytkowników wszelakich portali, które pozwalają ludziom przed komputerami wystukać na klawiaturze swoje przemyślenia i wysłać je w internetowy świat. Dlatego na zakończenie krzesimir.blog.pl wystosuje krótki, oficjalny komunikat do osób, którym poświęcony jest ten wpis:
Ogarnijcie się!
Dziekuję za uwagę – Krzesimir.
PS Rzecz jasna nie wszyscy komentujący na portalach, zaliczają się do tego "zacnego" grona. Są też normalni użytkownicy, którzy potrafią się zachować i chwała im za to :)

Krzesimiryzm: oparty na zasadach jedności i braterstwa, ustrój panujący na krzesimir.blog.pl. Uznawany za najdoskonalszy sposób sprawowania władzy. Krzesimiryzm zaistniał w dobie chaosu i szybko stał się ostatnim bastionem wszystkich uciśnionych. Krzesimiryzm wyznaje równość wszystkich Czytelników. Cechuje go polityka przyjaźni, stosowana wobec innych blogerów oraz szeroko rozumiana otwartość na wszelkie kultury blogowe. Czytelnicy zrzeszający się wokół krzesimiryzmu, nazywani są Krzesimirowcami i pochodzą z różnorodnych kręgów i nacji, gdyż krzesimiryzm nie odrzuca nikogo, bez wzlędu na pochodzenie. Obecnym przywódcą ustroju jest Krzesimir I Papcio.
Konkfistadoryzm: imperium zła panujące na paralela-konkfistador.blog.pl. Całkowite przeciwieństwo krzesimiryzmu we wszystkich aspektach politycznych. Konkfistadoryzm powstał w wyniku krwawego przewrotu, jaki miał miejsce na blog.pl. Oparty na rządach "żelaznej ręki" konkfistadoryzm, przez wielu ekspertów jest uznawany za najstraszliwszą formę totalitaryzmu. Charakterystyczne dla tego systemu jest kierowanie się przemocą wobec wszystkich niezależnych blogerów oraz absolutna cenzura. Czytelnicy zrzeszający się wokół konkfistadoryzmu, nazywani są Konkfistadorami i prawdopodobnie zostali siłą przypisani do tego okrutnego systemu. Obecną przywódczynią ustroju jest Paralela I Niemiłosierna.
Trzebielokracja: rządy rapersko-poetyckie, będące fundamentalną zasadą władzy na kasiatrzebiel.blog.interia.pl. Trzebielokracja wyłoniła się w okresie mafijnych porachunków w Pruszkowie i najprawdopodobniej ustrój ten jest finansowany przez organizacje przestępcze powiązane z tym miastem. Ten system władzy cechuje rymowy rygor; znane, chociaż nieudokumentowane, są przypadki zastraszania Czytelników, którzy chcieli napisać komentarz prozą. Czytelnicy zrzeszający się wokół trzebielokracji, nazywani są Trzebielistami i składają się głównie z grona raperów i poetów. Najbardziej znanym zwolennikiem trzebielokracji jest Michu. Obecną przywódczynią ustroju jest Kasia I Rymowiasta.
Januszyzm: owiany tajemnicą system polityczny, panujący na monia-janusz.blog.pl. Jest to jedna z najmłodszych form rządów. Wszyscy obserwatorzy wysyłani na monia-janusz.blog.pl przepadają bez śladu, dlatego głębszy opis januszyzmu wydaje się niemożliwy. Wiadomo jedynie, że jego protoplastą był legendarny Janusz R. – sławny mędrzec Uzetu. Dochody na utrzymanie rządów prawdopodobnie czerpane są z nielegalnego handlu lenistwem. Niejasne są powiązania januszyzmu z niejakim Jasiem Śmietaną i Czułym Wojtkiem. Czytelnicy zgromadzeni wokół januszyzmu nazywani są Januszami i pozostają w ukryciu. Obecną przywódczynią ustroju jest Monia I Czarnowłosa.
Wyjścionizm: forma rządów fachowych, panująca na wyjście.blog.onet.pl. Jeden z najstarszych ustrojów, którego początki datowane są na tygodnie poprzedzające nawet krzesimiryzm. Wyjścionizm charakteryzuje poruszanie poważnych tematów, co stawia go w opozycji do pozostałych ustrojów blogowych. System w pełni zaawansowany technologicznie. Niewykluczone są konkakty wyjścionizmu z bojówkami hakerskimi oraz finansowanie ich działalności przez lokalne władze. Czytelnicy gromadzący się wokół wyjścionizmu, nazywani są Wyjściowcami i najprawdopodobniej należą do wspomnianych bojówek hakerskich. Obecną przywódczynią ustroju jest Szary Człowiek I Haker.