krzesimir

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest autor

Dzisiaj krzesimir.blog.pl zagłębi się w odmęty przerażającej, bliskiej przyszłości, kiedy to ponoć świat ma się skończyć. Jako osoba mająca słabość do filmów i książek o tematyce postapokaliptycznej, czuję się w obowiązku wtrącić swoje trzy grosze na temat nadchodzącego 21 grudnia 2012 roku. Tym bardziej, że wraz ze zbliżaniem się tej daty, na pewno pół żartem, pół serio coraz częściej o tym będzie się mówiło. Paranoicy zaczną budować sobie schrony, media będą robić sobie jaja z tej daty (a może i niektóre trochę poważniej do tego podejdą), podczas rozmów zakrapianych alkoholem, biesiadnicy zaczną dyskutować nad tym zjawiskiem i rozważać jego prawdopodobieństwo. Już się zresztą powoli zaczyna nadmuchiwanie końca świata. Po mieście w ostatnim czasie porozlepiane zostały jakieś dziwaczne plakaty z datą 21. 12. 2012, przedstawiające płonącą Ziemię. Czy to jakiś chwyt marketingowy, czy po prostu ktoś posiada za dużo kasy i mu się nudzi, nie mam pojęcia; w każdym razie ten szczególik, który „upiększa” od niedawna Zieloną Górę dodatkowo zainspirował mnie do tej notki. Także pora trochę poprorokować o nadchodzącym okresie kresu :)

Koniec świata niewątpliwie nastąpi… kiedyś tam. Jest to naukowo udowodnione i wedle zasady „nic nie trwa wiecznie”, życie na naszej planecie czeka unicestwienie. Ale śmiem wątpić, że to się wydarzy za miesiąc. Raczej za kilka milionów lat. Oczywiście w zasadzie może to nastąpić też w każdej chwili, nawet teraz, gdy piszę tą nikogo nie interesującą notkę. Może pierdyknąć meteoryt, może wybuchnąć superwulkan, może nastąpić niszczycielski rozbłysk słońca, dojść do wojny atomowej (hm, chyba sam jednak za dużo programów o tym oglądam) lub – co jest najgorszą wizją zagłady naszej cywilizacji – może zostać usunięty Facebook lub nawet cały internet! Bo spójrzmy prawdzie w oczy: konflikt nuklearny jeszcze można przetrwać. Ale braku możliwości poinformowania wszystkich znajomych o tym co się porabia lub że jest się w skomplikowanym związku… tego nikt nie przeżyje! To jest potrzebne jak tlen! Mimo wszystko wierzę, że ani za minutę, ani za miesiąc, ani za rok nic takiego się nie stanie. Dlaczego w to wierzę? Bo co by dała wiara w nieubłaganie nadchodzący kataklizm? Raczej tylko by to przysporzyło stresu, więc lepiej wierzyć, że nic złego nie nadejdzie, jeśli i tak się na to nie ma żadnego wpływu. A wracając do tej jednej, konkretnej daty, czyli 21.12.2012 – nie będzie to pierwszy koniec świata, którego obawiała się ludzkość. Człowiek ma jakąś dziwną potrzebę odczuwania strachu przed nadchodzącym, totalnym zniszczeniem… być może dlatego, że sam często niszczy wszystko wokół siebie, więc uważa, że taki sam los nagle spotka jego. I tak samo jak bał się nadejścia XXI wieku, to pomimo, że wydarzyło się już podczas jego trwania wiele złych dla świata rzeczy… to jednak trwa. Zatem chociaż sam pewnie 21 grudnia poddam się zbiorowej paranoi i z niepokojem będę zerkał na niebo z obawy, aby mi się nie zwaliło na łeb (i być może nawet nie prześpię nocy), to jednak liczę na to, że 22 grudnia będę mógł napisać tu kolejną, nikogo nie interesującą notkę :) A jeśli jednak nastąpi ten koniec świata… to mówi się trudno i żyje się dalej :D

P.S. Zawsze na wszelki wypadek można 20 grudnia zorganizować jakąś pożegnalną imprezę. Jeśli 21 nastąpi koniec świata, to przynajmniej kaca będziemy mieli z głowy. A jeśli nie nastąpi, to i tego kaca jakoś przeżyjemy :)

P.S.2 W czasie pisania tej notki na kilka minut zabrakło prądu i nastały egipskie ciemności. I muszę teraz powiedzieć całkiem serio, że dla człowieka wychowanego w dobie elektryczności taki niespodziewany (nawet tylko chwilowy) brak prądu, to prawdziwy koniec świata. A może to nie przypadek, że prąd padł akurat wtedy, gdy pisałem o końcu świata? :) Może to jakiś znak przeznaczenia, które chciało mi powiedzieć, że się mylę i jest czego się obawiać? Czas już niedługo pokaże :) A jeśli się mylę to i tak mi tego nikt nie wytknie, no bo i nie będzie miał już kto mi tego wytknąć. Także tak czy siak ja będę górą :D

Zanim przejdę do właściwej części tej notatki, pragnę wpierw poinformować, że po północy najlepiej nie odpowiadać na moje sms’y, gdyż za każdym razem piszę je będąc w tzw. stanie upojenia i najlepiej je ignorować. Wtedy po prostu dam sobie spokój :)

A teraz (jako, że dawno tu nie pisałem) pora znowu poruszyć jakiś temat. Fakt, że piszę to będąc z lekka nawalonym, nie ma nic do rzeczy, gdyż już wcześniej nosiłem się z podzieleniem tymi przemyśleniami, więc zapraszam do czytania :)

W Polsce zakończyły się święta, które czciły pamięć zmarłych. Tak się złożyło, że w naszym regionie były one oprawione solidnymi opadami deszczu. I tak właśnie warując w Bytomiu Odrzańskim, przy grobach swojej rodziny, w strugach deszczu, wzięło mnie na głębsze przemyślenia. Przemyślenia, które prowadzą do jednej konkluzji: Dzień Wszystkich Świętych to niezbyt przemyślana tradycja, tak samo jak następujące po nich Zaduszki.  Bo czy naprawdę potrzebujemy specjalnie wyznaczonych dni, aby wspominać swoich zmarłych bliskich i zacząć rozważać sens przemijania? Pierwszego listopada, pełniąc wartę przy grobie podczas ulewy, zacząłem sobie zadawać pytanie: jaki to ma sens? Zwykle średnio co tydzień lub dwa tygodnie jeżdżę do dziadków do Bytomia i wtedy zazwyczaj m.in. robię porządki na grobach (grabię, hakam czasami, zapalam znicze jak trzeba itd.). Po co więc uczestniczę w zbiorowej wyprawie na groby osób, które tylko raz do roku postanawiają odwiedzić umarłych? Robię to, bo niestety  tak nakazuje z lekka chora tradycja. Uznałem, że jest chora, bo widząc jak ludzie podczas rzęsistego deszczu tłoczą się przy grobach, przyprowadzając nawet kilkuletnie dzieci, nie można tego nazwać inaczej. Pomysł, że potrzeba wyznaczyć specjalny dzień do wspominania zmarłych jest nietrafiony. Każdy człowiek wspomina swoich bliskich, którzy odeszli, wtedy kiedy czuje taką potrzebę, nie ma więc powodu narzucać mu sztucznego dnia do tej czynności. Śmiem twierdzić, że większość z tabunów ludzi, którzy 1 i 2 listopada stawiają się na grobach wcale nie myślą o zmarłych… zjawiają się bo tak wypada i tyle… Dlatego lepiej by było, gdyby zamiast tworzyć sztuczne święto, każdy zjawiał się na grobach wtedy, kiedy czuje taką potrzebę… tudzież od czasu do czasu, kiedy trzeba, na nich posprzątał… bo czy naprawdę umarłych (jeśli jest jakieś istnienie po śmierci) obchodzi to, że zgraja ludzi się zbierze w wyznaczony dzień, aby postać przy grobach? Czy bardziej by ich zadowoliło stałe, SYSTEMATYCZNE dbanie o ich groby? No cóż, chyba bardziej to drugie. Dlatego zamiast raz w roku warować przy grobach, lepiej by było jakby każdy raz na jakiś czas poszedł w miejsce pochówku swoich bliskich, zapalił znicz, posprzątał jeśli trzeba i olał narodowy zjazd wartowników grobowych, który tylko wywołuje chaos na drogach i cmentarzach. Bo doprawdy, jeśli istnieje życie pozagrobowe, zmarli mają gdzieś to, że raz w roku postoicie przy ich grobach. Pewnie by woleli, abyście stale o nie dbali i myśleli o nich kiedy odczuwacie taką potrzebę, a nie wtedy, kiedy wam nakazuje jakiś dzień.

Powszechnie znany z gościny Krzesimir (który nawet będąc na dalekich wojażach, przygarnie pod swój namiot każdą potrzebującą noclegu istotę… albo za obopólną zgodą znajdzie jej inne, równie zacne miejsce pobytu) od niedawna ma pod swoimi skrzydłami pewnego przeuroczego jegomościa. W jego włościach zamieszkał niezwykle przyjazny w stosunku do otoczenie (o ile w skład tego otoczenia nie wchodzą udomowione szczury), łasy na pieszczochy, posiadający kolanowy fetysz, objawiający się nagminnym stacjonowaniem na wszelkich możliwych kolanach, czasami mruczący w sposób podobny do tego, jaki wydaje stary komputer Krzesimira podczas jego uruchamiania, kotek o wdzięcznym imieniu Killer. Mający 3, 5 miesiąca kociak na wskutek splotu różnych wydarzeń został przygarnięty tymczasowo przez Krzesimira, który zapewnił mu przyzwoity wikt i opierunek. Jednakowoż określenie „tymczasowo” jest tu słowem-kluczem. Killer nie może na stałe zostać pod krzesimirowym dachem (chociaż jest to marzeniem wszystkiego co żyje), dlatego wciąż szuka kogoś, kto by go zaadoptował tak na dobre. Nie jest to kłopotliwy kot, jak na razie lubi dużo spać, więc większych problemów nie sprawia. Czasami trochę poszaleje, no ale to jak każdy kociak, w każdym razie są to lekkie szaleństwa. Jak nie śpi lub nie hasa, to lubi się łasić do ludzi, taki to już z niego przyjacielski Killerek. Urodził się z połową ogona, ale według mnie dodaje mu to tylko uroku, tak samo jak czarne łatki zdobiące jego białą sierść na głowie i tyłach grzbietu. Killer na zabój kocha ludzi i z pewnością morderczo pragnie poznać człeka, który się nim zajmie tak na stałe. Zatem nie zwlekajcie! Piszczcie, dzwońcie, dobijajcie się do krzesimirowych drzwi, aby jako pierwsi móc przygarnąć Killera! Odwdzięczy Wam się miłością i przywiązaniem. Zatem kotomaniacy (i nie tylko) do dzieła, przyjdźcie po Killera!

Żeby Was jeszcze bardziej zmotywować do adopcji, zamieszczam krótki wierszyk mego autorstwa.

Lubi na kolanach spać, do kuwety umie lać i srać. Pieszczoch z niego przeogromny, do innych kotów niepodobny. Krótki ogon dumnie nosi, wzrokiem o żarełko prosi. Miauczy se i pomrukuje, więc nie bądźcie ludzie ch*je, niech go ktoś już adoptuje. Killer właściciela nowego pokocha i nigdy na niego nie strzeli focha!

Mam nadzieję, że ten wzruszający poemat przekonał nieprzekonanych i wkrótce posypią się oferty osób chętnych do przygarnięcia Killera :)

Dzisiejsza notka jest sponsorowana przez niejaką Olę, znaną w niektórych kręgach jako Paralela. Nie chcąc się narazić na jej okrutny gniew, postanowiłem skorzystać z jej sugestii i zareklamować wspomaganą przez nią działalność tutaj :D A owa działalność trzeba przyznać, że jest szczytna, gdyż dotyczy pomocy tym, którzy sami o nią upomnieć się nie mogą! Chodzi o zwierzęta, które nie zawsze mogą liczyć na takie traktowanie, jakie należy się każdej żywej istocie. Poniżej podam linki do stron na Facebooku, które poleca Paralela i gdzie można zapoznać się z przydatnymi informacjami na temat zwierząt, a dokładniej, to głównie psów, bo to ich przeważnie dotyczą strony, które zapodam. Można polajkować, zaprosić do znajomych i się dowiadywać co nieco o losie naszych mniejszych braci :) Pojawiają się tam też wiadomości na temat tych milusińskich, którzy czekają na adopcję, więc jeśli ktoś szuka czworonożnego przyjaciela, to może go odnaleźć korzystając z tych stron :) Zatem polecam zajrzeć na strony, które za moment podam, polubić je, dodać do znajomości i być może wyszukać jakiegoś stworka do przygarnięcia :) I przede wszystkim zalecam pamiętać, że zwierzęta (i nie chodzi tylko o psy) czują oraz potrzebują troski i opieki. To jak traktujemy zwierzęta świadczy o nas samych, więc szanujmy je :) W końcu zwierzę też człowiek :)

A oto linki, o których wspominałem:


http://www.facebook.com/szukam.przyjacielaKO


http://www.facebook.com/szukam.przyjaciela

Dzisiaj po raz kolejny zrobię przerwę od narcystycznych oraz mam nadzieję, że chociaż w jakimś tam stopniu zabawnych, krzesimirowych wpisów i sypnę garścią własnych przemyśleń :) A przemyślenia owe będą dotyczyć czegoś, co się tyczy sporej części ludzi, wliczając w to także mnie :) Zapraszam więc do czytania :)

Portale społecznościowe, takie jak już trochę zamierzchła Nasza Klasa czy od dłuższego czasu wiodący prym Facebook, w założeniach miały pomagać w znajdowaniu i utrzymywaniu kontaktów ze znajomymi, z którymi z różnych powodów nie mamy już osobistej styczności. Dodatkowo Facebook (i w mniejszym stopniu od jakiegoś czasu również NK) umożliwia też dzielenie się ciekawostkami, przemyśleniami i ważnymi według nas informacjami z innymi. Idee świetne, jednak jak pokazał czas, w dużej mierze niewystarczające. Zapewne wiele osób za pośrednictwem tych portali odnalazło dawnych znajomych i wznowiło być może nawet kontakty, ale dosyć szybko okazało się, że jeszcze więcej osób woli wykorzystywać je do czegoś, co można chyba nazwać wirtualnym ekshibicjonizmem. Czyli krótko mówiąc chwaleniem się i dzieleniem informacjami, które niekoniecznie są ważne i miałyby jakąkolwiek użyteczną wartość. Informowanie o narodzinach dziecka, pójściu na piwo, o tym co się robiło lub będzie robić w zasadzie większości naszych portalowych znajomych guzik obchodzi. Bliskie nam osoby poinformujemy raczej i tak osobiście, jeśli będziemy mieli taką potrzebę, więc po co pisać o tym jeszcze na Facebooku? Widocznie część ludzi ma potrzebę uzewnętrzniania się. Pisanie osobistych pamiętników, do których nikt (lub mało kto) miałby dostęp, już niektórym nie wystarcza. Pojawiły się blogi, które po części zachowywały prywatność, bo o ile ktoś przypadkiem na nie nie trafił lub  nie podaliśmy ich adresu, to raczej nikt z naszego otoczenia o nich nie wiedział. Jednak połowiczna prywatność też niektórym nie odpowiadała i wtedy odkryli Facebooka, gdzie mogli już w 100 % publicznie dzielić się swoim życiem. Jest Ci smutno lub wesoło? Napisz to na fejsie. Smutni zostaną pocieszeni przez osoby, które nawet nie znają sytuacji, a weseli dostaną lajka. Masz dziewczynę/chłopaka lub się z nią/nim rozstałeś/rozstałaś? A może Wasz związek jest skomplikowany? Zmień swój status i czekaj na analogiczne reakcje znajomych, jak we wcześniejszej sytuacji. Byłeś na imprezie? Na wakacjach? Jesteś w ciąży? Również trzaśnij stosowną informację na fejsa, niech wszyscy się o tym dowiedzą i komentują lub lajkują.

Facebook ma tę przewagę nad NK, że na Naszej Klasie można się chwalić głównie zdjęciami z tego co się dzieje w naszym życiu. A co jeśli nie mamy zdjęć? Facebook wychodzi naprzeciw takim sytuacjom i pozwala dodawać wpisy na tablicy. Zatem na fejsie oprócz chwalenia się z wakacji, imprez, dzieci i tym podobnych rzeczy w postaci zdjęć, możesz o tym także po prostu napisać, jeśli akurat żadnej foty nie masz. I pewnie w dużej mierze dlatego NK zostało wyparte przez Facebooka… NK nie pozwalało po prostu na wystarczający, wirtualny ekshibicjonizm.

Ale czy wirtualny ekshibicjonizm to coś złego? Wiele osób, które nie korzysta z portali społecznościowych lub które tam się nazbyt nie uzewnętrznia, zapewne stwierdzi, że tak. Wścieka ich kiedy ludzie wypisują kolejne bzdury na tablicy lub dodają następne „słit focie”.  W moim odczuciu jednak w tym całym uzewnętrznianiu się nie ma nic złego. I zapewne uważam tak, gdyż sam jestem w pewnym stopniu wirtualnym ekshibicjonistom. Za czasów ery NK dodawałem tam masę niepotrzebnych fot, a teraz kiedy dominuje Facebook coraz częściej dodaję wpisy, bez których w zasadzie każdy mógłby się obejść, no i oczywiście także dalej wrzucam zdjęcia z imprez i wycieczek. Może nie jestem aż takim zaawansowanym, wirtualnym ekshibicjonistą jak niektórzy, ale… może to tylko kwestia czasu, kiedy do nich dołączę. Nikomu przecież krzywda się nie dzieje, jeśli ktoś doda jakąś fotę lub bzdurny wpis. W końcu np. matki chcą się swoimi dziećmi pochwalić przed całym światem, a teraz mają większe możliwości, natomiast imprezowicze pokazać jakiego to oni fajnego, szalonego życia nie mają. Wszystko opiera się na samochwalstwie, które przecież leży w ludzkiej naturze. XXI wiek natomiast idealnie ułatwia samochwalstwo, dając mu globalny zasięg. I trzeba się z tym pogodzić. Jeśli ktoś nie popiera wirtualnego ekshibicjonizmu, to może wyrazić na fejsie swój sprzeciw (tym sposobem jednak także uzewnętrzni swoje odczucia i w pewnym stopniu stanie się wirtualnym ekshibicjonistą) lub po prostu wylogować się z portalu i zająć swoimi sprawami. Publiczne uzewnętrznianie się jest znakiem naszych czasów i jeśli to komuś pomaga, to czemu mu tego zabraniać? Nie ma po prostu powodu, niech w pełni korzysta z możliwości portalów, które (nie oszukujmy się) służą głównie temu celowi. Tak samo moje pseudo wywody lub historyjki z imprez na tym blogu są wirtualnym ekshibicjonizmem, więc jak widać czerpię garściami z możliwości jakie ogólnie daje internet. I chociaż mnie też kiedyś irytowały bzdurne wpisy itp. rzeczy, to w końcu dałem się zarazić tym i w zasadzie nie czuję z tego powodu wstydu. Taki już los sporej części dzieci XX i XXI wieku :)

W minioną sobotę do Łochowic zjechali się najwybitniejsi przedstawiciele inteligencji polskiej. Przybyli oni na wezwanie MM, który wyprawiał w rodzinnej posiadłości urodziny. Z tej okazji swoje stopy na łochowickiej ziemi postawili m.in. KK, KB, AG, KM, PD i MM2. Oczywiście nie zabrakło również Krzesimira, który objął urodzinową imprezę swoim oficjalnym patronatem. Przybycie na urodziny było odważnym i godnym podziwu czynem ze strony Krzesimira, gdyż odbywały się one na terytorium jego odwiecznego wroga, AN (znanej w półświatku przestępczym jako Paralela lub też Alechandro), której zakładnikiem jest cierpiący na syndrom sztokholmski MM. Pomimo, iż Krzesimir spodziewał się podstępnej zasadzki zorganizowanej przez Paralelę, to aby nie urazić gospodarza brakiem najwybitniejszego z najwybitniejszych wśród zaproszonych, zachowując wzmożoną czujność, przyjechał. Nie mylił się Krzesimir sądząc, że Paralela będzie próbowała dokonać zamachu. Okazało się, że nocującemu za linią wroga Krzesimirowi przygotowano najchłodniejszy pokój, aby się rozchorował! Mało tego! Drogę do pokoju odgradzały wpierw schody, którymi trzeba było wejść na piętro, a potem jeszcze stopnie, po których trzeba było zejść. Ewidentnie Paraleli chodziło o to, aby Krzesimir wracając do pokoju, będąc zmęczonym po całonocnej gawędzie, przewrócił się i połamał! Co gorsza, pomimo, że w pokoju znajdował się barek, to był on pusty! Niewątpliwie pustym barkiem Paralela chciała okazać swój brak szacunku dla gościa! Nikczemny plan Paraleli spalił jednak na panewce, gdyż okazało się, że KK wraca do domu tego samego dnia, więc Krzesimir zajął pokój, który był przeznaczony dla niej (który też niósł ze sobą pewne zagrożenie, bo znajdował się niebezpiecznie blisko schodów; widocznie był to plan awaryjny Paraleli na wypadek, gdyby Krzesimir jednak żądał zmiany pokoju). Obyło się jednak bez incydentów ze schodami, Paralela zaś nie podejmowała kolejnych wrogich działań w stosunku do Krzesimira (zapewne przestraszyła się jego nieustającej czujności).

Po przybyciu Krzesimira, KB, AG, KK, KM i MM2, MM wraz z Paralelą zabrali ich na przedimprezową wycieczkę po Łochowicach. Pokazali m.in. lokalną atrakcję turystyczną, którą jest jedyna we wsi krowa oraz zabrali ich nad jezioro (Paralela planowała zapewne tam utopić Krzesimira, jednak było za dużo świadków, więc zrezygnowała). Po powrocie do hacjendy zaczęły się przygotowania do imprezy. Wreszcie przybyła reszta gości i można było zacząć urodzinową fiestę. Trzeba w tym miejscu pochwalić gospodarza, że dobrze zadbał o jadło i napitek. Godziny mijały a impreza trwała. W międzyczasie solenizant zaczął zaglądać do swoich prezentów i nie da się ukryć, że najbardziej mu się spodobał ten kupiony przez AG, KB i Krzesimira. MM ledwo zdołał ukryć swoje wzruszenie, które z pewnością zostało wywołane przez ich podarunek. W pewnym momencie Krzesimir postanowił przejść w tryb czuwania (czyli nie odzywać się, tylko siedzieć z zamkniętymi powiekami). Niektórzy potem twierdzili, że spał, ale nie! On po prostu czuwał! Gdy zapewne wszyscy już myśleli, że będzie tak czuwał do rana, to jednak w pewnym momencie odżył, odzyskawszy siły do imprezowania. Fiesta trwała jeszcze przez pewien czas, aż w końcu ludzie zaczęli się rozchodzić do swoich pokojów. Krzesimir, który wypoczął podczas czuwania, chciał jeszcze uraczyć swoim towarzystwem KB i AG w ich pokoju, jednak wymienione Panie nie doceniły zaszczytu jaki na nie spadł i ostatecznie wyprosiły go z pokoju. Krzesimir nie mając z kim się dzielić swoimi przemyśleniami, sam również udał się na spoczynek.

Tak oto zakończyła się impreza urodzinowa MM. Otrzymuje ona 10 krzesimirowych gwiazdek jakości (byłoby 11, ale ze względu na fakt, że impreza odbywała się na wrogiej ziemi, należącej do Paraleli, jedna gwiazdka zostaje odjęta). Kto nie był, niech żałuje!

Dziś na krzesimirowej stronie będzie tak dla odmiany nieco bardziej poważnie. Poruszony zostanie temat, który od niedawna budzi dość spore kontrowersje. Już po tytule pewnie wszyscy, którzy chociaż w minimalnym stopniu śledzą wiadomości z kraju, zorientowali się, że mowa będzie o otrzęsinach w gimnazjum salezjańskim w Lubinie. Postanowiłem wtrącić swoje trzy grosze do tej sprawy,  zatem już nie przewlekając przedstawiam swoją skromną opinię o tamtym zajściu.

Wbrew panującym chyba powszechnie nastrojom, jestem daleki od chęci ukrzyżowania księdza i całej dyrekcji gimnazjum, co nie oznacza jednak, że popieram tamtejsze otrzęsiny. Akcja z gimnazjalistami, którzy musieli wsadzać usta czy tam nosy w piankę znajdującą się na kolanach księdza musiała wywołać jakieś zniesmaczenie wśród opinii publicznej, bo pomysł był delikatnie mówiąc głupi. Teraz wielu ludzi doszukuje się w otrzęsinach w Lubinie  elementów poniżania czy też pewnego rodzaju wykorzystywania seksualnego, więc zastanówmy się czy mają rację.

Czy było to poniżające? Według mnie tak. Zniżanie się do kolan kogokolwiek i wsadzanie pyska w cokolwiek czym ma wysmarowane kolano jest w mojej opinii uwłaczające. Trzeba mieć jednak na uwadze, że to były otrzęsiny. Sam nigdy przez żadne oficjalne otrzęsiny, wymyślone dla pierwszaków (czy to w gimnazjum, czy w liceum, czy gdzieś indziej) nie przechodziłem, więc nie do końca rozumiem jak można lubić tego typu zabawy, ale poczytałem co nieco, przy okazji tej sprawy,  jak ogólnie wyglądają w niektórych szkołach lub też obozach otrzęsiny i miłe to z pewnością one nie są, a nawet śmiem twierdzić, że bywają gorsze, niż te w salezjańskiej szkole. Widać na tym polega „urok” otrzęsin, aby nowicjuszy trochę wymęczyć lub nawet upokorzyć (w granicach rozsądku rzecz jasna). Nie jest to do końca normalne, no ale kto powiedział, że żyjemy w normalnym świecie.

Czy można mówić o jakiejś próbie wykorzystania seksualnego? Według mnie nie. Wiadomo, że pokazywanie nastolatków klęczących przed kolanami dorosłego może budzić tego typu skojarzenia, ale nie sądzę, aby tamtejsza „zabawa” z pianką miała mieć podtekst seksualny. Zresztą wszystko zaczęło się od nierzetelnej informacji mediów, które najpierw twierdziły, że była to bita śmietana i że uczniowie musieli ją zlizywać z kolan księdza… i to faktycznie brzmiało obleśnie. Jak się jednak okazało nie była to bita śmietana tylko jakaś pianka do golenia i nikt tego nie zlizywał tylko musiał w tym maczać nos czy tam usta. Według mnie między jednym a drugim jest dosyć spora różnica. Nadal jest to głupie, nieprzemyślane i wstrętne, ale już nie aż tak jak chciały to za pierwszym razem przedstawić media. Zresztą zdjęcia z otrzęsin były na stronie szkoły, więc nikt nawet się z tym nie krył, nie widząc widocznie w tym nic niestosownego. Zatem jeszcze raz: według mnie był to co najwyżej kiepski pomysł, który jednak nie miał jakichś zboczonych założeń.

Całą sprawę niepotrzebnie zresztą nadmuchały do granic możliwości media, które chyba same dostają orgazmu na myśl, że może trafiły na jakąś większą aferę i na siłę próbują wywołać szok. Dziennikarze znaleźli na stronie szkoły zdjęcia, które wydały im się podejrzane i chcieli to wyjaśnić, ok, bardzo dobrze. Jednak popełniono przy tym już na samym początku błąd, którym była wspomniana powyżej nie do końca rzetelna informacja. Potem się poprawiono, jednak już nawet zagraniczne media podchwyciły „zlizywanie śmietany”. Polskie media na siłę próbują zrobić aferę większą, niż w rzeczywistości jest. Rzesza psychologów wypowiada się jakie negatywne konsekwencje mogą mieć te otrzęsiny na młode umysły… tyle, że jakby usłyszeli jak wyglądają otrzęsiny w innych miejscach, to chyba by im zwieracze z wrażenia popuściły. Na tvn 24 prezenter także stwierdził, że może to mieć jakiś wpływ na uczniów i tego nie zapomną… moim skromnym zdaniem bardziej tym uczniom zryje psychę fakt, że media nadmuchały sprawę do granic możliwości, robiąc z tego przez pewien czas prawie temat nr 1 w Polsce. Rzeczywiście nie zapomną tego, ale to tylko dzięki mediom, które im po prostu zapomnieć nie dadzą. I właśnie najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że uczniowie jak i ich rodzice stoją po stronie księdza. Kiedy reszta świata najchętniej by go rozstrzelała, Ci protestują przeciwko temu co się dzieje. A nie są to już jakieś małe dzieci, tylko w zasadzie już nastolatki, więc trudno powiedzieć, że nie potrafią odróżnić dobra od zła i że nie wiedzą jaka straszliwa krzywda ich spotkała. Zatem może niech media (i psycholodzy przy okazji też) nie próbują na siłę kreować na ofiary osoby, które same za takowe się nie uważają i zapewne mają rację.

Podsumowując: otrzęsiny w gimnazjum salezjańskim były idiotyczne, niefortunne i  niesmaczne. Jednak nie robiłbym z tego dramatu na nie wiadomo jak dużą skalę. Po prostu dyrekcja nie przemyślała chyba dostatecznie dobrze tego pomysłu, przez co teraz zrobiło się o nich głośno.

Na koniec polecam mediom większą wstrzemięźliwość w tej sprawie, zaś dyrekcji omawianego gimnazjum zapamiętanie mojej nowej, złotej myśli: ksiądz, kolano i pianka, to kiepska mieszanka.

Oto dobiegło końca zielonogórskie święto wina, którym przez tydzień żyło miasto. Zapewne wszyscy niezmiernie są ciekawi jak winobranie spędził jeden z najsławniejszych oraz najwybitniejszych zielonogórzan, czyli Krzesimir. Wychodząc naprzeciw Waszym oczekiwaniom, w notce tej zostanie w skrócie opisany winobraniowy tydzień :) Zatem siądźcie wygodnie w fotelach, otwórzcie sobie wino, jeśli jeszcze jakieś Wam pozostało i delektujcie się tym, że zostaną przed Wami odsłonięte kulisy krzesimirowego winobrania! :)

Pierwszy dzień winochlania… tzn. winobrania Krzesimir w swej wspaniałomyślności postanowił spędzić w towarzystwie osób, z którymi studiował. Niestety większość absolwentów filologii polskiej onieśmielona na samą myśl, że mogłaby wypić wino wraz z Krzesimirem, postanowiła nie odpowiedzieć na jego wezwanie. Jedynie KB i KW okazały się na tyle odważne, aby ruszyć wraz z nim na miasto. Zwiedzanie lokalnych rozrywek urozmaicone najpierw degustacją wina a potem piw trwało kilka godzin, po czym KW opuściła towarzystwo. Krzesimir wraz z KB udali się natomiast po kolejne piwa do sklepu o uroczej nazwie Kapselek (sklep ten otrzymuje 5 krzesimirowych gwiazdek jakości pod względem zaopatrzenia w piwo) i po oscypka (chociaż tak naprawdę oscypek był tylko pretekstem do tego, aby KB mogła sobie bezkarnie popatrzeć na sprzedającego oscypki górala). Wkrótce nieugięte prawa fizjologii nakazały KB i Krzesimirowi poszukać toalety. Zaszczyt ugoszczenia ich przypadł Hebanowi. Tam też podczas oczekiwania na powrót KB z łazienki, na Krzesimira zaczęło patrzeć piwo z lodówki. Obserwowało go tak napastliwie, że Krzesimir nie miał wyboru i musiał je zakupić. Czas potrzebny na opróżnienie butelki pociągnął za sobą niespodziewane konsekwencje, gdyż pozwolił KB na spotkanie znajomych, w tym SG (Sobowtóra Gortata). To z kolei doprowadziło do niezbyt przemyślanych kroków, a dokładniej to do kroków prowadzących do X-Demona. I tak oto zamiast pójść sobie na koncert pod scenę i tam się pogibać zupełnie za darmo, to Krzesimir wraz z KB, SG i ich znajomymi musiał wydać 20 zł za wstęp do klubu, aby z półtorej godziny poruszać tam biodrami. Po opuszczeniu murów X-Demona KB wraz z Krzesimirem postanowili w końcu wrócić do domów, kończąc tym sposobem pierwszy dzień winobrania. Należy w tym momencie jeszcze nadmienić, że pomimo stosunkowo długiego czasu jaki Krzesimir i KB spędzili w swoim towarzystwie, KB nie poniosła żadnego uszczerbku na zdrowiu, co można uznać za spory sukces i znak, że fatum jakie nad nimi wisiało przez pewien czas, ostatecznie przeminęło.

Przez pozostałe dni winobrania Krzesimir raczył swoim towarzystwem znajomych z osiedla i prawie codziennie (pomimo sprzeciwu portfela i wątroby) uczestniczył w zielonogórskim święcie. Mając nauczkę z dnia pierwszego, chodził tańczyć (jeśli w ogóle można tym mianem określić jego nieskoordynowane ruchy) już tylko pod scenę.

Uroczyste zakończenie winobrania nastąpiło natomiast niespodziewanie dzisiaj, kiedy to Krzesimir wraz z KB po poszukiwaniach prezentu urodzinowego dla MM, spotkali M (nie mylić z MM). M, będąc w posiadaniu 20-letniego koniaku, który miała w plastikowej butelce po wodzie (ciekawe połączenie), postanowiła się nim podzielić. Niestety KB nie potrafiła okazać należytego szacunku 20-letniemu koniakowi i nie dość, że oblała nim siebie i M, to jeszcze nie wypiła swojej porcji do końca. Na szczęście ceniący wyroby alkoholowe  Krzesimir, pomimo małego kaca, wypił swój 20-letni koniak do końca, aby udowodnić pochodzącej z Ukrainy M, że Polakom niestraszne są alkohole z wyższej półki. Podczas konwersacji zapadła decyzja o wycieczce do Gruzji, której mieszkańcy są ponoć niezwykle otwarci i wręcz zakochani w Polakach. Dlatego zapoznanie się z gruzińskimi kobietami stało się krzesimirowym priorytetem. Osoby, które chcą pomóc w wyjeździe, proszone są o nadsyłanie pieniędzy na ten szczytny cel :) Gdy kubeczki z 20-letnim koniakiem zostały opróżnione, Krzesimir, KB i M poszli w swoje drogi, tym samym oficjalnie kończąc winobranie. Tu należy także wspomnieć, że sława krzesimirowego bloga wyszła poza obręb filologii polskiej, gdyż kiedy KB i Krzesimir czekali na M, podeszła do nich grupka nieznanych ludzi, aby zrobić sobie z nimi zdjęcie. Wprawdzie nie wyjaśnili przyczyn tej nagłej ochoty fotografowania się, ale wydaje się być oczywistym, że po prostu rozpoznali twórcę strony krzesimir.blog.pl oraz KB (której popularność przyniosły życzenia urodzinowe, zamieszczone na krzesimirowej stronie) i zapragnęli mieć z tego nieoczekiwanego spotkania dowód, aby móc pochwalić się bliskim.  Cóż począć… trzeba się powoli przyzwyczajać do faktu, że obcy ludzie będą prosić o wspólne zdjęcia, taka jest cena sławy.

Wszyscy już wiedzą jak Krzesimir spędził winobranie, pora teraz podsumować to święto. Otóż jego najciekawszym elementem była niewątpliwie dyskoteka dorosłego człowieka, czyli puszczane na scenie różnego rodzaju, popularne piosenki. I to w zasadzie jedyna fajna rzecz. Oprócz tego jak co roku było od cholery ludzi (zwłaszcza na rozpoczęciu i zakończeniu) oraz masa kramików z żarciem i duperelami. Finanse podupadły, wątroba mnie znienawidziła, krew w moich żyłach prawdopodobnie przeistoczyła się w alkohol. Dlatego dobrze, że winobranie się już zakończyło, przynajmniej człowiek będzie mógł spokojnie przejść przez miasto :) W przyszłym roku proponuję alternatywną imprezę, która przyćmi przereklamowane winobranie… krzesimirobranie! Przez tydzień, dzień w dzień na krzesimirowej działce będą odbywać się imprezy od rana do wieczora. Byłaby to wspaniała reklama dla Zielonej Góry, lepsza od aktualnego święta wina! Zatem szykujcie się, bo za rok winobranie przejdzie do historii, wyparte przez nową, lepszą imprezę! I to już wszystko drodzy czytelnicy. Tym, którzy przeczytali całą notkę gratuluję wytrwałości, reszcie gratuluję zdrowego rozsądku :D Miłego wieczoru wszystkim życzy krzesimir.blog.pl :)

Wśród pracodawców w całym kraju od kilku dni panuje niemałe poruszenie. Zaczęto dbać o komfort pracowników, brane są wielomilionowe pożyczki z banków, aby zwiększyć pensje osobom zatrudnionym, podnosi się standardy firm we wszystkich możliwych zakresach, dochodzi także do masowych zwolnień na kierowniczych  stanowiskach w celu zrobienia miejsca dla ewentualnego, nowego pracownika… i to nie byle jakiego pracownika! Oto bowiem wydarzyła się rzecz niezwykła; rzecz tak niespotykana, że rynki pracy na całym świecie oszalały. W specjalnym wydaniu wiadomości liczne stacje telewizyjne, m.in. TVN, Polsat, BBC i CNN podały informację, która wstrząsnęła giełdami w Nowym Jorku i Tokio: „Krzesimir szuka pracy!” Pracodawcy chcąc go skusić zatrudnieniem u siebie, podjęli wyżej wymienione działania z nadzieją, że spojrzy przychylnym okiem na ich firmy. Póki co jednak sam Krzesimir ograniczył się do zaniesienia kilku CV do redakcji najbardziej poczytnych gazet w Polsce. Brak jak na razie jakichkolwiek telefonów z odpowiedzią na jego wspaniałomyślną ofertę zatrudnienia się, komentatorzy i eksperci tłumaczą onieśmieleniem redaktorów naczelnych owych gazet. Zwolennicy teorii spiskowych natomiast spekulują, że z obawy o utratę własnych stanowisk na rzecz Krzesimira, szefowie gazet na tajnej naradzie postanowili, że go nie przyjmą, zaś jego CV są natychmiast niszczone, aby nie został żaden ślad po jego obecności w redakcjach. Cokolwiek by nie stało za brakiem odzewu ze strony redakcji gazet, faktem pozostaje, że Krzesimir jak na razie jest bezrobotny. Ktoś by mógł spytać: „Ale po co Krzesimirowi praca? Czy miliardy jakie z pewnością zarabia na prowadzeniu bloga nie wystarczają mu do godnego życia?” Otóż chociaż to zapewne zdziwi wiele osób, to jednak Krzesimir prowadzi swego bloga całkowicie za darmo! Jest to jego charytatywna działalność mająca na celu wspieranie kultury, oświaty oraz rozrywki, które bezpłatnie są dostępne na jego stronie.

Póki co Krzesimir cierpliwie czeka na odpowiedź ze strony mediów, jeśli jednak z niewytłumaczalnych przyczyn żadnej nie dostanie, być może skieruje swe oko w inną stronę. Może zostanie rektorem Uzetu? Może założy własny biznes, tworząc wielką, międzynarodową korporację KRZESIMIR COMPANY? A może wystartuje w wyborach prezydenckich, aby Polakom żyło się lepiej? No cóż… czas pokaże jaką ścieżkę kariery wybierze. Jedno jest pewne – będzie to ścieżka chwalebna i pełna sukcesów. A jeśli któryś z Was, krzesimirowych fanów i fanatyków, po przeczytaniu tej notki stwierdzi, że dla dobra ogółu chce mu oddać swoją pracę, Krzesimir aby nie sprawić mu zawodu zapewne przyjmie tę ofertę, także nie krępujcie się i śmiało proponujcie :) Póki co to tyle. Żegna Was jak na razie bezrobotny Krzesimir, ale kto wie… może przy następnej notce powita Was redaktor naczelny Krzesimir, rektor Krzesimir, dyrektor Krzesimir, a może nawet prezydent Krzesimir. Do zobaczenia. Pozdrawiam równie ciepło wszystkich bezrobotnych, jak i pracoholików :) Notkę tę zakończę stosownym cytatem: „Uwielbiam ciężką pracę… mógłbym na nią patrzeć godzinami”.

Każdy z nas posiada mniej lub bardziej skryte marzenia. Nie mówimy o nich głośno, lecz po cichu mamy nadzieję, że się spełnią. Dlatego właśnie w dniu urodzin, podczas zdmuchiwania świeczek z tortu, „wypowiadamy” w myślach życzenia (no… przynajmniej niektórzy tak robią lub czasem robili). Niby traktujemy to tylko jako taki zwyczaj, ale gdzieś w głębi serca wierzymy, że to w jakiś magiczny sposób nam dopomoże (no… znowu może nie wszyscy, ale niektórzy na pewno). I właśnie dziś z okazji urodzin niejakiej Pani magister o inicjałach KB, krzesimir.blog.pl spełni jedno z jej najskrytszych marzeń! Jakie? Otóż złożone zostaną na tym prestiżowym blogu oficjalne życzenia urodzinowe! No to nie przedłużając: 100 lat, zdrowia, szczęścia i pomyślności życzy krzesimir.blog.pl :) Ktoś mógłby się spytać skąd wiadomo, że otrzymanie oficjalnych życzeń na krzesimirowym blogu jest jednym z najskrytszych marzeń KB? Odpowiem pytaniem na pytanie: a kto o takim wyróżnieniu skrycie nie marzy?! Zatem wszystkiego najlepszego dla Pani KB! :)

Jakby tego wszystkiego było mało, na potrzeby dzisiejszego, uroczystego dnia został stworzony jeszcze poemat urodzinowy, który zaprezentowany zostanie poniżej:

Pewnego razu z Boruszyna przyjechała se dziewczyna, ruda była jej czupryna. Do Zielonej zawitała, bo na uzet iść chęć miała. Tam przez pięć lat studiowała, nieźle sobie radę dała. Egzaminy pozdawała, czasem w palnik sobie dała, raz się nawet połamała. Dziś są zaś jej urodziny, rudej magister Karoliny. Zatem życzyć by wypadało, aby po studiach Ci się układało. Żeby kasa, szczęście, zdrowie zawsze były gdzieś przy Tobie. Żebyś się już nie łamała, tylko z życia garściami to co najlepsze brała. Tego życzę na tym blogu… no i pozbądź się wreszcie fajkowego nałogu! Samych pozytywnych wrażeń i spełnienia najskrytszych marzeń :)

Życzenia sponsoruje: krzesimir.blog.pl

(krzesimir.blog.pl zajmuje się także składaniem oficjalnych życzeń  z okazji imienin, wesel, rozwodów oraz innych imprez okolicznościowych. Profesjonalne życzenia w dobrej cenie!)